
W jaki sposób podczas spektaklu – bez spojlerowania – przypomnieć, że teatr ma swój jubileusz? Znakomitą odpowiedź na to pytanie znalazł Michał Walczak – autor scenariusza spektaklu Zły. Warszawska Jazz Opera. Sięgnął on do dwóch utworów Leopolda Tyrmanda: „Złego” i „Dziennika 1954”.

Od czego jednak jest wyobraźnia autora, który nie musi literalnie trzymać się pierwowzorów? Stąd – zwłaszcza w pierwszej części widowiska – często nawiązywano do Targówka, a właśnie tu mieści się Teatr RAMPA, który obchodzi swoje 50-lecie. Nie muszę chyba dodawać, że tenże teatr stał się gospodarzem wspomnianego spektaklu, prowadzącego widzów do Warszawy 1954 roku. Pełno w niej ruin i cegieł, ale ludzi porywa entuzjazm odbudowy. Zaczęto nawet prace nad budową metra. W tym miejscu przypomnę, że – mimo podjętej w 1953 roku decyzji o ich przerwaniu – na Targówku były one prowadzone aż do 1957 roku.

Zły. Warszawska Jazz Opera rozpoczyna się od socrealistycznych pieśni, śpiewanych przez przechodniów, pasażerów autobusów i budowniczych, ale wkrótce na scenie – tak, jak i w ówczesnej Warszawie pojawia się nowa, dzika muzyka: jazz. W pierwszym jazzowym klubie przy Konopnickiej 6, w dawnym gmachu YMCA, gromadzą się wyznawcy nowego brzmienia stolicy: bikiniarze, gangsterzy i gwiazdy parkietu. Niekwestionowanym królem tego miejsca jest wspomniany wyżej Leopold Tyrmand – pisarz, bokser i playboy. Gdy klub zostaje zamknięty przez – walczący z nieobyczajnością oraz każdym przejawem wolności – reżim, Tyrmand wpada w depresję i krąży po mieście opanowanym przez chuliganów.

Można przedstawić „Złego” w sposób mroczny, ale można też z przymrużeniem oka. Ba, można nawet zaprosić go do tańca! Teatr RAMPA jest znany z tego, że przedstawia historie, wykorzystując taniec i śpiew. Taniec jest mocną stroną widowiska. Zwłaszcza tytułowy Zły, w którego postać wcielił się autor choreografii, Jarosław Staniek, prezentuje niezwykłą lekkość i zwinność. Przemieszcza się on przez dzielnice tanecznym krokiem, samotnie walcząc z miejskimi oprychami. Ale ruch sceniczny – to nie tylko Zły. Jest on rozbudowany na innych bohaterów, a ich taniec oddaje ducha wolności, do której oni tęsknią. Przyznam, że w trakcie oglądania spektaklu przypomniałem sobie pewne sceny ze słynnego filmu „Pulp Fiction”. Znakomity pastisz!

Tyrmand również krąży po mieście. Podczas jednej z wypraw wdaje się w bójkę w obronie maturzystki, która zostaje jego kochanką. Jednocześnie wpada na trop zamaskowanego mściciela, samotnie walczącego z przestępczością. Niedługo później dziewczyna znika, a pisarz-detektyw wyrusza na poszukiwania. Odkrywa mroczną, gangsterską Warszawę – miasto grzechu, w którym liczą się mafijne układy i siła pięści. Boks miesza się z erotyką a przemoc z romantyzmem warszawskich zakamarków, przedmieść i bram. Czy pisarzowi uda się odzyskać miłość i rozwiązać zagadkę najsłynniejszego warszawskiego superbohatera – Złego?

Nie będę zdradzać zakończenia. Nadmienię jednak, że warstwa przygodowa, splatająca losy Tyrmanda i Złego, jest pretekstem do opowieści o mieście pełnym namiętności, przemocy i tajemnic. Jazz mieszał się z przemocą, a każdy wieczorny spacer mógł być ostatnim. Realizatorzy znakomicie połączyli jazz, teatr, cyrk i musical, by pokazać realia lat pięćdziesiątych XX wieku – w tym ówczesny koloryt i język oraz obyczaje. Dużym atutem widowiska jest, wciągająca w klimaty warszawskiego jazzu, muzyka na żywo. Ta komiksowa zabawa konwencją została wzbogacona scenografią, która oddaje pulsujące życiem, powojenne miasto. Czułem wręcz słodko-gorzki smak tamtych czasów.

Uważam, że musicalowy rollercoaster, jakim jest Zły. Warszawska Jazz Opera, był doskonałym wyborem na uczczenie 50-lecia Teatru RAMPA na Targówku. Jak widzę na stronie teatru, będzie on prezentowany w listopadzie i w grudniu – z wieczorem sylwestrowym włącznie. Warto przeznaczyć nieco czasu, by wybrać się w szaloną podróż do Warszawy sprzed siedemdziesięciu lat i… wrócić z niej bezpiecznie.
