Kultura

Wielki finał

Roby Lakatos

XVIII Festiwal Kultury Żydowskiej Warszawa Singera zakończył się wielkim finałem. Słowo „wielki” ma co najmniej podwójne znaczenie. Bowiem koncert finałowy odbył się w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej, zaś o wielkości czy znakomitości występujących w nim artystów mógł przekonać się każdy, kto obejrzał owo wydarzenie.

Zanim jednak do tego doszło, w sobotę, 28 sierpnia, w Kinie Iluzjon odbył się przedpremierowy pokaz filmu Krafftówna w krainie czarów. Film jest przedłużeniem wywiadu, który Remigiusz Grzela przeprowadził i opublikował w książce pod tym samym tytułem. Oczywiście, bohaterką tych wydarzeń kulturalnych jest znakomita Aktorka, Barbara Krafftówna. Współpraca obojga trwa już dosyć dawno. Wystarczy wspomnieć, wyreżyserowany przez Macieja Kowalewskiego, spektakl autorstwa Remigiusza Grzeli, Oczy Brigitte Bardot, w którym gwiazda wystąpiła wraz z Marianem Kociniakiem. Drugie wspólne widowisko – to monodram Błękitny diabeł, w którym Barbara Krafftówna wystąpiła w podwójnej, a właściwie w potrójnej, roli: Reżyserki (wspólnie z Józefem Opalskim), Aktorki i Jubilatki, upamiętniającej swoje 60-lecie pracy artystycznej.

Barbara Krafftówna - fot. Marta Kuśmierz
Barbara Krafftówna – fot. Marta Kuśmierz

Film w reżyserii Macieja Kowalewskiego i Piotra Konstantinowa jest pięknym, bardzo osobistym, świadectwem świata, w którym żyła i – na szczęście – nadal żyje oraz dobrze funkcjonuje Wielka Aktorka. Wejdzie on na ekrany kin w październiku. Tymczasem w Kinie Iluzjon była możliwość nie tylko obejrzenia filmu, ale i spotkania z Barbarą Krafftówną. Jak na gwiazdę, między innymi Kabaretu Starszych Panów, przystało, niesamowicie rozbawiła publiczność. Prawie każda Jej wypowiedź powodowała wybuchy śmiechu i oklaski. Mam wrażenie, że świetna forma fizyczna Barbary Krafftówny jest efektem Jej niezwykłego poczucia humoru. Nic, tylko brać przykład!

Również Józef Hen okazał w niedzielę, 29 sierpnia, swoje wielkie poczucie humoru. Jak się okazało, tego dnia po raz pierwszy, od półtora roku, wyszedł z domu. Okazją do spotkania w Austriackim Forum Kultury stała się 30 rocznica wydania Jego książki, zatytułowanej Nowolipie. Została ona opublikowana wówczas przez Wydawnictwo Iskry. Na okładce najnowszego wydania zamieszczono fragment wypowiedzi Timothy Snidera:

Książkę Hena trzeba hołubić, smakować i zachować na zawsze.

Przypomniał o tym prowadzący spotkanie Remigiusz Grzela. Rozmowa obydwu panów była przeplatana fragmentami książki, które aktor Teatru Żydowskiego, Piotr Sierecki, czytał na zmianę z… Józefem Henem. Miałem ciarki na plecach (czy tylko ja?), kiedy bohater spotkania czytał fragment o reakcji mężczyzn na widok pewnej pięknej kobiety! Nie tylko tym Józef Hen wzruszył wszystkich uczestników spotkania. Jak stwierdzono, zatrzymał w kadrach swoje dzieciństwo i młodość. Może przyszło Mu to o tyle łatwo, że – jak powiedział – był „skazany” na pisarstwo? Miał 9 lat, gdy napisał do „Małego Przeglądu”, który założył Janusz Korczak. W piątej klasie nauczycielka języka polskiego, po analizie jednego z wypracowań, nazwała go altruistą i to słowo wywołało wielki niepokój w rodzinie młodego pisarza. Okazało się, że już w 1939 roku zaczął pisać Opór, a później zaczynał tę książkę… jeszcze cztery razy. Ostatecznie ukazała się ona w 1967 roku.

Józef Hen i Remigiusz Grzela - fot. Renata Zawadzka-Ben Dor
Józef Hen i Remigiusz Grzela – fot. Renata Zawadzka-Ben Dor

Józef Hen wspominał Rzym, Paryż i Samarkandę, jednocześnie przytaczając szereg anegdot. Zna kilka języków, dzięki czemu łatwo nawiązywał kontakty. Kiedy Remigiusz Grzela zapytał: – Może wzbudzał Pan sympatię?, padła szybka odpowiedź: – To Pan powiedział.

A oto drugi fragment rozmowy:

Boi się Pan o Polskę?

Mówmy o literaturze…

A jak powtórzę to pytanie, to też Pan tak odpowie?

Mogę powiedzieć, że jestem zaniepokojony, ale użyłem łagodnego słowa.

Józef Hen jest autorem licznych powiedzeń, które weszły do obiegu. W trakcie 5-dniowego pobytu w Londynie powiedział:

Żeby pobyt był niezapomniany, musi być krótki.

Sformułował jedenaste przykazanie:

Nie poniżaj ani nie upokarzaj bliźniego swojego, słowem ani uczynkiem, i nie wie, dlaczego to przykazanie nie znalazło się w Dekalogu.

Kiedy jednak Remigiusz Grzela przypisał Mu powiedzenie Nie ma mądrości bez dobroci, sprostował, że autorem był Tadeusz Boy-Żeleński.

Mimo swoich 98 lat i wielu wspomnień, Józef Hen interesuje się współczesnością. Zakończył spotkanie stwierdzeniem:

Świat mnie ciekawi, ze wszystkimi jego błędami.

I w ten oto sposób doszliśmy do koncertu finałowego w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej. Został on zatytułowany Szalone skrzypce i muzyka świata. Prowadzący koncert, a zarazem grający na kontrabasie i dyrygujący instrumentalistami, Sebastian Wypych zapowiedział, że widzów czeka długa i daleka podróż, która minie im bardzo szybko. Publiczność usłyszała muzykę cygańską, tańce rumuńskie Béli Bartóka, tango tureckie i suitę bułgarską. Również przekrój historyczny utworów był szeroki. Koncert zaczęły Dwie gitary Iwana Wasiliewa z 1857 roku, trafiliśmy do Miasteczka Bełz, które Aleksander Olshanetsky skomponował w 1932 roku, zaś na koniec zabrzmiały: To ostatnia niedziela Jerzego Petersburskiego (1935 r.) i Czardasz stworzony przez Vittorio Montiego w 1904 roku. Oczywiście, nie zabrakło muzyki filmowej: Suity z filmu „Skrzypek na dachu” oraz skomponowanego przez Johna Williamsa utworu Jewish Town z filmu „Lista Schindlera”.

Zgodnie z zapowiedzią, pierwsze skrzypce należały do Robiego Lakatosa z Węgier. Artysta pochodzi z rodu legendarnego króla romskich skrzypków, Janosa Bihari’ego. Jako 9-latek debiutował w roli prymisty w cygańskim zespole, by potem ukończyć, z pierwszą lokatą, budapeszteńskie Konserwatorium im. Beli Bartoka.

Pierwsza część tytułu koncertu została wzięta z debiutanckiej i solowej płyty Anny Wandtke – wybitnej polskiej skrzypaczki, solistki i kameralistki. Prowadzący koncert powiedział, że reprezentuje Ona „złamaną klasykę” i w tym stwierdzeniu nie było krzty przesady. Publiczność głośno wyrażała aplauz wobec tego, co prezentowali – to na zmianę, to wspólnie – Roby Lakatos i Anna Wandtke.

Roby Lakatos i Anna Wandtke - fot. Renata Zawadzka-Ben Dor
Roby Lakatos i Anna Wandtke – fot. Renata Zawadzka-Ben Dor

Wcale nie ustępowali im soliści grający na innych instrumentach: wspomniany Sebastian Wypych (kontrabas), Jenő Lisztes (cymbały), Kalman Cseki (fortepian) i Jarosław Bester (akordeon). Całość znakomicie uzupełniała Orkiestra SINFONIA VIVA. Siedziałem dosyć blisko sceny i przyznam, że moje oczy nie nadążały za pałeczkami, za pomocą których Jenő Lisztes wydobywał dźwięk z cymbałów. Z wielkim podziwem patrzyłem na Sebastiana Wypycha: nie dość, że dowcipnie zapowiadał utwory i dyrygował orkiestrą, to znakomicie grał na kontrabasie, dostosowując tempo do gry Robiego Lakatosa i Anny Wandtke. Zgodnie z zapowiedzią, koncert finałowy XVIII Festiwalu Kultury Żydowskiej Warszawa Singera trwał dosyć długo, bo 2,5 godziny, ale nikt z widowni tego nie odczuł. Wręcz przeciwnie: publiczność długo domagała się bisów!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.